Co to właściwie za samochód?
Chery wyprodukowało swój pierwszy samochód w 1999 roku, więc jego motoryzacyjna historia jest mniej więcej tak długa jak historia modelu BMW X5. Jak na standardy chińskich producentów to już marka z długimi tradycjami. Firma sprzedała już ponad pięć milionów samochodów w 80 krajach, dlatego może trochę dziwić, że dopiero teraz jej auta na dobre trafiają na europejskie rynki. Jaecoo i Omoda również należą do grupy Chery. I zapewne zauważyliście, że tych samochodów zrobiło się ostatnio naprawdę dużo. To najlepszy dowód na to, że klienci coraz mniej boją się nieznanych marek, jeśli tylko cena jest atrakcyjna, a stylistyka wystarczająco znajoma i europejska. Jaecoo 7 i Omoda 5 zebrały umiarkowane recenzje, ale sprzedaż najwyraźniej ma je gdzieś. Podobnie MG ZS i MG HS, również produkowane w Chinach, nie tylko podgryzają tradycyjnych producentów, ale zaczynają im zwyczajnie przestawiać meble w salonie. Debiut samego Chery oznacza więc więcej podobnego: dwa niedrogie SUV-y, które po zdjęciu znaczków mogłyby pochodzić od kilku różnych producentów. Nie są może samochodami, które kupuje się oczami, ale przynajmniej niczym szczególnie nie straszą.
Wyjaśnijcie mi nazwę Chery Tiggo!
Chery to celowo zmieniona pisownia angielskiego słowa „cheery”, czyli „radosny”. Chodziło oczywiście o podkreślenie, jak wiele szczęścia mają dawać te samochody. Tak, też lekko się uśmiechnęliśmy. Tiggo to z kolei połączenie słów „Tiger” i „Go”. Wychodzi więc coś w rodzaju „Radosny Tygrys Jedzie 7”. Oczywiście trochę się z tego nabijamy, ale przynajmniej ktoś próbował wymyślić nazwę z odrobiną charakteru. Ceny Tiggo 7 zaczynają się w Wielkiej Brytanii od 95.900 PLN za wersję benzynową oraz od 120.900 PLN za hybrydę plug-in, którą Chery z dumą nazywa „Super Hybrid”. W praktyce dostajemy więc samochód wielkości Nissana Qashqaia lub Kii Sportage za około 20 proc. mniej. Jest też bardzo podobne Tiggo 8. Dodaje trzeci rząd siedzeń — raczej dla mniejszych pasażerów — i około 25.000 PLN do ceny.
Jak jeździ wersja benzynowa?
Dokładnie tak, jak można się spodziewać po podstawowej wersji. Pod maską pracuje turbodoładowany silnik 1.6 o mocy 145 KM, połączony z siedmiobiegowym automatem dwusprzęgłowym. Na płaskiej drodze wszystko działa wystarczająco płynnie, ale pod górę albo z kompletem pasażerów jednostka zaczyna mieć wyraźnie więcej pracy. Przy wyprzedzaniu również daje o sobie znać, a brak ręcznego trybu skrzyni nie pomaga jej specjalnie obudzić. Osiągi są po prostu poprawne. Dokładnie to samo można powiedzieć o zawieszeniu i prowadzeniu. Ani źle, ani szczególnie dobrze. Po przesiadce bezpośrednio do dopracowanego europejskiego konkurenta różnica w ogładzie staje się jednak wyraźna. Chery ma ambitne plany, w tym centrum badawczo-rozwojowe w Wielkiej Brytanii, więc można się spodziewać, że kolejne generacje będą poprawiane znacznie szybciej.
A hybrydowe Chery Tiggo 7?
Znacznie bardziej przekonujące. Nawet jeśli oznaczenie „Super Hybrid” na tylnej klapie trochę przesadza z pewnością siebie. Można zresztą założyć, że nowe chińskie marki nie przyjeżdżają do Europy po to, by rewolucjonizować klasyczne silniki benzynowe. Ich największą przewagą ma być raczej upowszechnienie elektryfikacji. I właśnie dlatego hybryda plug-in pasuje do Tiggo 7 znacznie lepiej niż zwykły benzyniak. Układ pracuje w sposób przypominający samochód elektryczny, oferuje 201 KM i jest wyraźnie bardziej żwawy oraz kulturalny. Trzeba tylko uważać na mokrej nawierzchni. Przednie koła dość chętnie tracą przyczepność, po czym do akcji brutalnie, acz na szczęście, wkracza kontrola trakcji. Układ podczas jazdy sam dba o poziom energii w akumulatorze, dlatego bateria praktycznie nigdy nie pozostaje całkowicie pusta. Deklarowany zasięg elektryczny wynosi około 90 km, a łączny — imponujące 1200 km. Na papierze wygląda to bardzo dobrze.
Co z wnętrzem?
Jeśli nie należycie do osób, które godzinami analizują czucie kierownicy i zachowanie samochodu w zakrętach, prawdopodobnie będziecie zadowoleni. Pierwsze wrażenie jakościowe jest naprawdę mocne. Materiały są przyjemne, a ekrany mają wysoką rozdzielczość i wyglądają nowocześnie. Co ciekawe, elektroniczne systemy bezpieczeństwa nie są przesadnie hałaśliwe. Choć oczywiście samochód potrafi skarcić kierowcę za odwracanie wzroku od drogi podczas obsługi… własnego, niezbyt wygodnego panelu klimatyzacji. Ironia najwyraźniej dotarła również do Chin.
Jaki werdykt?
Nie jest pozbawione wad, ale jest na tyle tanie, że wiele osób i tak może zaryzykować. Jeżeli ktoś nadal patrzy z góry na kolejne chińskie marki pojawiające się w Europie, Tiggo 7 może być dobrym sposobem na weryfikację tego podejścia. Nawet jeśli logo Chery podejrzanie mocno przypomina znak Infiniti. Podstawowa wersja benzynowa jest skrajnie zwyczajna i należy ją rozważać głównie przez pryzmat ceny. Hybryda wypada znacznie lepiej. Jest szybsza, bardziej dopracowana i oferuje sensowny zasięg elektryczny. Jeżeli podoba wam się wygląd, nie przywiązujecie wielkiej wagi do przyjemności z prowadzenia i macie ochotę spróbować czegoś nowego, Tiggo 7 może spełnić większość oczekiwań. Są rzeczy, które Chery powinno jeszcze poprawić, a każdy, kto naprawdę lubi prowadzić, powinien raczej skierować wzrok gdzie indziej. Tyle że liczba Jaecoo i Omoda pojawiających się na drogach sugeruje, że dla większości klientów żadna z tych rzeczy nie będzie szczególnie istotna.



